O Furii usłyszałem pierwszy raz oglądając zwiastun wyświetlony bodajże przed drugą częścią Sin City i na tym moje zainteresowanie filmem się skończyło. Ot, kolejna odsłona drugowojennego heroizmu po amerykańsku, przez Amerykanów i dla Amerykanów przede wszystkim nakręcona. Znów załoga składająca się z indywiduów, które na ekranach widziało się nie raz, nie dwa, a nawet nie sto. Znów straceńcza misja, znów dzielni chłopcy kontra reszta świata, znów Brad Pitt, znów jakiś świeżak przechodzący szkołę życia. Przyszły jednak tanie poniedziałkowe bilety, a z braku laku tankiści wuja Sama zostali jedyną rozsądną opcją. I faktycznie - Furia jest dokładnie takim filmem, jaki można wyobrazić sobie po obejrzeniu trailera. Filmem, który nie wnosi do tematu absolutnie nic. I wiecie co? I nie miałbym nic przeciwko, gdyby tak wyglądał każdy film, który nie ma nic do powiedzenia. Bo Furia na szczęście nic powiedzieć nie próbuje i robi to, co czołgi robią najlepiej - solidną rozpierduchę.
| Furia i spółka. |